Następnego dnia rano jedziemy taksówką na lotnisko. To aż 30$, mimo, że jest to może z 12 km. To chyba jedyny zarobek taksiarzy na wyspie, a mnie dziwi, że Hyatt nie ma żadnego autobusu hotelowego. Pewnie są umówieni z mafią taksówkarską. Nasza odprawa przechodzi dość wolno, bo na polski paszport zrobili wielkie oczy. Musieli sprawdzić wymagania paszportowo-wizowe na Guam i Yap. Walizki oddajemy od razu na Yap, żeby nam nie przeszkadzały w naszym całodziennym zwiedzaniu Guamu. 8:40 wsiadamy w ATR42-500 United mieszczącego 48 osób i w 35 minut dolatujemy do Guam. Po drodze mijamy dwie pozostałe zamieszkane wyspy Marianów, czyli Tinian i Rota. Tinian jest dosłownie rzut beretem od Saipan i aż dziwne, że nie pływa tam żadna łódka. Wnętrze lotniska na Saipanie: Nasz ATR-42 Tinian: Rota: Guam: Na Guam wypełniamy deklarację, ale odprawy paszportowej jako takiej nie ma. Idziemy od razu do Rent a Car Nissan, gdzie dostajemy Note Verso. Przed wyjazdem przygotowałem sobie mapkę z zaznaczonymi atrakcjami Guam, mamy jakieś 8h na zwiedzanie. Najpierw jedziemy koło stolicy do Two Lovers Point, gdzie wg legendy w przepaść skoczyła para, której rodzice nie pozwolili się pobrać. Jest tu wąska dziura w ziemi oraz piękny klif. Zrobili kawałek wybiegu i liczyli 3$ za wejście. Trochę to nie warte, ale widoczek na wyspę i ocean można zaliczyć. Kto nie chce zapłacić to obok jest restauracja, skąd też można coś pooglądać. Jedziemy dalej na Ritidian Point na północny kraniec wyspy. Ostatnie 15km jest w fatalnym stanie z mega dziurami. Jak dojechaliśmy to widać było kawałek klifu bez jakiegoś szczególnego wyrazu oraz plaże, gdzie miejscowi przyjeżdżali. Patelnia była jednak tak mocna, że nawet wyjść się nie chciało z klimatyzowanego samochodu. Wracamy więc do stolicy, gdzie widzieliśmy Micronesia Mall. Jemy tu obiad i spędzamy czas w sklepach do 14. Przy wyjściu, przebrani w pacyficzne stroje zespół taneczny dawał pokaz, więc zostaliśmy jeszcze pół godziny by obejrzeć. Bardzo fajne show, a panie kręciły tyłkami dużo lepiej niż latynoskie odpowiedniki. Po południu pojechaliśmy na wschodnią stronę wyspy, gdzie też miały być punkty widokowe. Jednak nigdzie nie dało się dojechać, a do jakiejś jaskini zaznaczonej na mapie droga była tak zarośnięta, że nawet nie dało się przejść. Miejscowi też zrobili tu sobie nielegalne wysypisko starych telewizorów. To jedyne co udało mi się zrobić: Jedziemy zatem do Talofofo Falls, czyli wodospadów. Są one już na południu wyspy, ale przejazd zajmuje jedynie kilkanaście minut. Wstęp do wodospadów kosztuje aż 12$, no ale inwestujemy. W cenie wliczone jest kilka rzeczy. Najpierw bierzemy kolejkę wagonikową zjeżdżającą w dół do wodospadów. Wodospady składają się z dwóch kaskad. Każda na ok. 20 metrów szeroka i kilka metrów wysoka. Całkiem ładnie to wygląda, ale to max 10 minut zwiedzania. Był stąd kiedyś monorail do położonej 300m dalej jaskini, a raczej wykopu pewnego Japończyka, który myślał, że wojna się nie skończyła i mieszkał 28 lat w wykopanym przez siebie 3 metrowym rowie. Idziemy na górną kaskadę i wracamy wagonikiem: Po wjechaniu z powrotem na górę, pan powiedział, że jest jeszcze jaskinia strachów, którą przeszedłem i jest mega tandetna. A na koniec jeszcze dookoła jeździ kolejka, która bym przysiągł, że jest już ze 40 lat nieczynna. Poprosiliśmy o przejażdżkę z myślą o Konradzie i okazało się, że jednak się ruszyła :-) Ostatnia atrakcja to maciupki Fort Soledad, gdzie są 3 armaty i kilka murów oraz ładny widok na wybrzeże. Wracamy jeszcze na kolację do centrum i jedziemy na lotnisko. Zaliczamy jeszcze salonik United i o 19:50 odlatujemy na Yap. Generalnie dość kiepski ten Guam.
Złapałeś akurat taki widoczek Tinian, który w google maps odnalazłem i wychodzi na to że już w czasie 2 wojny światowej były lotniska z 4 pasami startowymi:mrgreen:
-------------------- Może to Twój urok... może to Photoshop...!?!
Na Yap przylecieliśmy przed czasem i pieszo szliśmy z samolotu. To prawdziwy koniec świata, jedyny samolot jaki tu przylatuje to United 2x w tygodniu. Nawet jakbyśmy chcieli zostać tu krócej to się nie dało :-). Do oficera imigracyjnego stoi się jeszcze na płycie lotniska i jego budka to wejście do "hali". Dzieciak już zasnął na rękach, a po przejściu oficera stała ubrana w lokalny strój młoda kobieta i zakładała każdemu naszyjnik z kwiatków. Taśmy do bagaży nie ma, dwóch gości rzuca bagaże na kawałek lady. Tu jest jedyne stanowisko do odpraw: Mnóstwo lokalesów miało popakowane paczki i mini lodówki, pewnie wiozą pełno rzeczy, bo na malutkim Yap ciężko coś dostać. Odbierają nas z hotelu ESA i w 10 minut jesteśmy. Pokój jest ok, ale trochę mały, no i niestety znalazłem jednego karalucha. Cóż, tropiki, więc się chyba zdarza. Rano wstajemy i idziemy na dół na śniadanie. Restauracja jest otwarta zgodnie z posiłkami - na śniadanie, lunch i obiad. Ma piękny widok na zatokę obok. Nie jest strasznie drogo, najtańsze śniadanie to 2 jajka sadzone, tosty i kawałek dżemu za 5$. Z naleśnikami za 7$. Da się przeżyć. Po śniadaniu idziemy na "miasto" się rozejrzeć. Nasze gminne wioski mają chyba więcej ulic, ale jest większość co potrzeba. Są sklepy, jest sąd, policja, bank. Jest też sporo kościołów. W centrum znajdujemy już pierwsze kamienne pieniądze: Zaglądamy do Manta Ray Resort zapytać o nurkowania. Jest drogo, bo 125$ za 2 zejścia oraz 50$ za snorkeling. Zastanowimy się, bo też nie mamy co zrobić z Konradem. Yap jest jednym z ciekawszych miejsc do nurkowania, bo można zobaczyć 7 metrowe płaszczki giganty. Idąc wzdłuż zatoki spotykam taksówki i zagaduję z panią taksówkarką o możliwość zwiedzenia wyspy. Umawiamy się na 3h zwiedzanie za 60$. Nie chciała się targować. Hotel oferował 75$ od osoby, więc sporo do przodu i tak byliśmy. Po obiedzie w hotelu (tu znowu ceny ok, bo 9-10$ za dobry posiłek) odpoczywamy i o 15 ruszamy. Yap słynie także z kamiennych pieniędzy i jedziemy najpierw zobaczyć Kamienny Bank. Pieniądze przypłynęły tu z Palau, mimo, że są mega ciężkie. To takie koła o wielkości od 50cm do nawet 2 metrów z dziurą w środku. Wszystko jest położone na prywatnych posesjach, więc trzeba zapytać, no i zapłacić po 2.5$ od osoby. Obok alejek z pieniędzmi są też domki tylko dla mężczyzn, gdzie nasza pani tłumaczy, że jak jakaś kobieta wejdzie to już tak jakby była własnością wszystkich mężczyzn w wiosce... Jedziemy na północ na Forbidden Island. Tu oglądamy jak ludzie żyją, plaże oraz wyspę, gdzie jest największy pieniądz kamienny. Niestety nie ma tam teraz wstępu. Na wyspie jest piękna roślinność oraz mnóstwo psów. Mam trochę do nich stracha od kiedy mnie pogryzły w Tadżykistanie. Tu jednak żaden nie jest wrogi. Ostatni punkt jest na południu wyspy, gdzie niestety nie mogliśmy znaleźć właściciela ziemi, więc zdjęcia kamiennych pieniędzy mogłem porobić tylko z samochodu. Pani była naprawdę stanowcza, żeby nie wychodzić z samochodu i nie robić zdjęć, bo można mieć spore kłopoty. A właściciel był niedaleko z innymi mężczyznami na naradzie i nie wolno im było przeszkadzać. Dzień drugi na Yap zaczynamy od wyjścia na szlak Tamilyog Trail. Wywozi nas taksówka za 2.5$ na drugi koniec szlaku i idziemy pieszo przez niego z powrotem do Colonii i naszego hotelu. Szlak jest na 1.5-2h. Idzie się najpierw przez las deszczowy i kamienne płyty. Do tego jest pełno liści. Jest bardzo ślisko, bo słońce tu nie dochodzi, a pada przecież codziennie. Pierwsze 1/3 szlaku jest naprawdę trudna z tego powodu i dość często się poślizgamy. Roślinność jest super, dużo kolorowych kwiatów, bambusów, drzew bananowych i mandarynkowych. W połowie szlaku dochodzimy do jakiegoś domostwa i mamy chwilę grozy bo otaczają nas 3 duże psy. Zachowujemy jednak spokój i zaraz właściciel je zabiera. Potem idziemy trochę po pagórkach skąd widać pięknie ocean. Potem szlak robi się szerszy, nawet na szerokość samochodu i po ok. 1.5h dochodzimy do ulicy. Jest już po 11. Zachodzimy do sklepu, gdzie robię trochę zdjęć miejscowym kobietom. Ogólnie ludzie są tu mega mili i chętnie pozują jeśli się ich zapyta o zgodę. Upał jak zwykle przeczekujemy w hotelu, a ok. 15 wychodzimy do wioski. Zachodzimy najpierw do biura informacji turystycznej, ale nie są tam zbyt zorientowani na temat atrakcji wyspy, o dziwo. Pytamy potem o wynajem samochodu na jutro, ale zostały tylko SUV po 75$, więc rezygnujemy. Zaglądamy do sklepu z pamiątkami w Manta Ray Bay Resort i kupujemy kilka pocztówek. Potem jeszcze na pocztę, ale jest już zamknięta. Wracając w stronę hotelu spotykamy... Polaków! Para starszych osób. Jesteśmy w szoku, bo w hotelu naszym wspominali tylko o 4 Polaków do tej pory. Na całej wyspie jest może ze 20 turystów. W pobliskiej chacie jeszcze miejscowi wycinają z drewna kawałki na łódki. Trochę z nimi zagadujemy dowiadując się, że wykonanie małej łódeczki zajmuje miesiąc. Ogólnie ludzie dość biednie tu żyją. Najniższa stawka to 1.5$ za godzinę. Mało jest rolnictwa, rośnie tylko część warzyw, jak kapusta. Jest sporo owoców. Ludzie pracują dla rządu, dla wielu sklepików, które tu są, sprzedają owoce, lub np. sprzątają drogi. Wieczorem idziemy jeszcze do najlepszej knajpy w mieście w resorcie Manta Ray. Mieści się ona na łajbie. Jem m.in. sashimi z tuńczyka (rewelacja) i próbuję lokalnego piwa robionego przez to miejsce (też rewelacja). Trzeci dzień w Yap stał pod znakiem deszczu. W nocy lało niemiłosiernie, a rano jeszcze nawet z białym szkwałem na zatoce. Jednak jak zjedliśmy śniadanie to przestało, więc zebraliśmy się wysłać kartki pocztowe i pojechać na plaże na północno-wschodni kraniec wyspy. Taksówka ma ustaloną stawkę 7.25$ za całkiem spory kawał jazdy. Na miejscu mamy piękną plażę oraz parę Rosjan z wynajętym samochodem, którzy przyjechali się poopalać. Odchodzimy trochę od nich by im nie przeszkadzać i kąpiemy się z godzinkę. Na szczęście słońce było za chmurami, więc można było posiedzieć. Niestety w oddali zaczęły zbierać się burze. Dosłownie widziałem jak zacznie padać zaraz obok nas. Runęła ogromna ulewa i ledwo zdążyliśmy się zebrać pod jeden z tutejszych pustych domków. Rosjanie coś chwilę rozmawiali i wyszli zapytać czy chcemy z nimi wrócić do Colonii. Uratowali nam tyłki, bo musielibyśmy w tej zlewie czekać jeszcze 1.5h na umówioną taksówkę. Podrzucili nas do hotelu i podziękowaliśmy im serdecznie. Po obiedzie też na chwilę przestało padać więc postanowiliśmy się przejść po pozostałej części Colonii. Widzimy budynek ich sejmu, ministerstwa zebrane w jednym budynku i port. Potem idziemy na Stone Path, która jest pięknie utrzymana i prowadzi do wielu domostw, które żyją bez samochodu. Potem znowu deszcz, a my kładziemy się do łóżka, bo o 23:30 pobudka na lotnisko.
Kurczę, nie wiem... patrząc na te zdjęcia i czytając opis (jedno i drugie bardzo ładne) to stwierdzam, że już naprawdę musiałbym nie mieć gdzie latać, żeby się tam wybrać ;)